Zadawaliście kiedyś sobie takie pytanie? Czy lubię swoje dziecko? No, bo jeśli chodzi o kochanie, to wiadomo, że nie ma słów, które mogą opisać miłość do dziecka i można się o tym przekonać dopiero, gdy zostanie się rodzicem. Ale czy lubicie swoje dzieci? Tak po prostu, czy lubicie je takimi jakie są, czy lubicie z nimi spędzać czas? Bo lubić, a kochać to dwie różne rzeczy. Kwestia lubienia zapewne wielu przychodzi do głowy gdy dziecko zaczyna „sprawiać kłopoty”. No, jakież to kłopoty może sprawiać roczne lub dwuletnie dziecko? A właśnie wtedy zaczyna się okres „pod górkę”, bo wtedy też dzieci zaczynają stawiać pierwsze kroki i wtedy powoli zaczynają być bardziej samodzielne i chcą postawić na swoim. Wielu twierdzi, że buntu dwulatka nie ma, ale chyba coś w tym jest, skoro powstało takie określenie, a dziecko w okolicach od półtora roku do tych dwóch i pół lat zmienia się tak, że ciężko nam za nim nadążyć i go zrozumieć. Znacie to – jesteście na wakacjach i jeść musicie na zmianę, bo okazuje się że Wasza półtoraroczna pociecha nie usiedzi w miejscu dosłownie na minutę. No przecież mu mówicie, tłumaczycie i co? A no nic! Albo świetnie się bawi w piaskownicy i nagle baaamm – no musi popchnąć jakieś dziecko. A Wy co – wstyd, bo maluch płacze a Wasz jakby mógł to zrobiłby jeszcze raz to samo. Mówicie, tłumaczycie, w końcu krzyczycie i zabieracie dziecko z placu zabaw, bo co zrobić? Zakupy? Jakie zakupy z dzieckiem biegnącym jak oszalałe po centrum handlowym. Czemu ono nie usiedzi jak tamto grzeczne dziecko w wózku, które przejeżdża obok was i waszego biegacza? Idziecie na spacer, a ono po przejściu kilku metrów chce na ręce i wpada w szał, że nie chcecie go wziąć. Czapka? Zakładacie mu czapkę po raz setny a ono ściąga ją i wpada w szał jak mu poprawiacie? Albo dotyka kontaktu, chociaż tłumaczycie i w końcu krzyczycie, że to niebezpieczne. Co robić? Rozpuściliście je! Jest rozwydrzone! – stwierdzacie i zastanawiacie się co tu zrobić, żeby nie wychować rozpuszczonego bachora. Może jakieś techniki z karą pomogą, a może już lepiej dać klapsa, w końcu kiedyś tak robili i było „dobrze”.

Co robić?

Przede wszystkim się uspokoić! Mój syn to istny żywczyk, zawsze taki był, od urodzenia. Jest bardzo aktywny, szybki i z „tych”, które lubią jak mu się poświęca uwagę. Wszystko zaczęło się w okolicach gdy miał półtora roku. Najgorsze było, że zdarzało mu się popchnąć dzieci i trwało to ok pół roku. To było dla nas najgorsze, bo w końcu nikt nie chce żeby jego dziecko biło inne. Przecież sami go nie bijemy, a że zobaczył kilka razy w piaskownicy jak inny chłopczyk popychał inne dzieci, to i on zaczął. Jaka była nasza reakcja – tłumaczenia, nie wolno popychać, że to boli ale było jeszcze gorzej. A więc my dalej, że w takim razie koniec zabawy i wychodzimy. Albo w przypadku kontaktu – kara, czyli siedzenie np minutę na łóżku. I kiedyś była u mnie koleżanka, też mama dziewczynki w wieku naszego syna i zwróciła mi uwagę na te kary, że to nie skutkuje i czy często tak robimy. Często tak nie robiliśmy, tylko gdy tłumaczenie nie działało. Ale tak zaczęłam czytać i czytać i internety i książki o wychowaniu i mogę stwierdzić kilka rzeczy (w tym pomogły mi dwie fajne pozycje: „Wychowanie bez nagród i kar” i „Jak mówić żeby dzieci nas słuchały, jak słuchać, żeby dzieci do nas mówiły”).

1. Nie ma idealnego systemu wychowania i radzenia sobie z problemami. Gdyby ktoś znalazł sposób na wychowanie idelanie grzecznego i mądrego dziecka, to chyba by Nobla dostał. Niektóre książki o wychowaniu warto przeczytać,  skonfrontować z innymi i trochę przetworzyć po swojemu, bo nie da się tak w 100% podążać książkowymi radami, bo nie wszystkie są w pełni słuszne, a dodatkowo jesteśmy tylko ludźmi, nie robotami i nawet najlepsza matka czy ojciec no czasem nie wytrzyma – ale grunt to pracować nad sobą, żeby przypadkiem nie „nie wytrzymać” przy dziecku za bardzo.

2. Trochę trzeba przewartosciować swoj system i oczekiwania względem dziecka. Fakt, dziecko w wieku ok roku do 3 lat bardzo intensywnie się rozwija, uczy się chodzić, mówić, uczy się emocji i zachowań i dlatego ma prawo zachowywać się różnie. Ma prawo być zmęczone, ma prawo wtedy marudzić albo szaleć z tego powodu i my musimy pokazać mu wtedy jak sobie radzić w takich sytuacjach.

3. Musimy przewidywać. Zazwyczaj dzieci zachowują się nieznośnie gdy jakaś ich potrzeba fozjologiczna jest nie spełniona, np. sa zmęczone (zbliża się pora drzemki lub snu), głodne, potrzebują czułości, boją się bo są w nowym miejscu, potrzebują więcej aktywności fizycznej lub coś je boli. No, niestety, ale my jako rodzice musimy po prostu metodą prób i błędów szukać o co chodzi i tyle.

4. Tłumaczyć! Tyle i aż tyle. W naszym przypadku faktycznie kary się nie sprawdzały i działały jeszcze bardziej frustrująco i rozdrażniająco. Nie oczekujmy, że dwulatek zrobi zawsze to o co go prosimy lub przestanie robić to, czego zabronimy. Jak w przypadku kontaktu. Po prostu – tłumaczymy, że to niebezpieczne, podkreślamy słowo nie wolno ale mówimy dlaczego: bo może porazić prąd, bo można trafić do szpitala. Nie liczcie, że dwulatek to zrozumie i nigdy tak nie zrobi! Zrobi, na pewno mniejszą ilość, ale czasem strzeli mu coś do głowy i dotknie kontaktu, bo tak mają dzieci. Dlatego tłumaczymy, ale przewidujemy i np. zabezpieczamy kontakt.

Bicie/Popychanie. Tak jak pisałam, Olek nauczył się tego na placu zabaw i tak mu się utrwaliło, ale odkryłam, że np. w domu robił tak dzieciom znajomych,bo czuł się zazdrosny. Po prostu, tlumaczymy mu ze nie wolno bić, że to boli a nie można sprawiać innym bólu, że jego nikt nie bije i że jak kiedyś mu tak chlopczyk zrobił to płakał, bo go bolało. Wychodzę z nim wtedy do innego pokoju i mu to tłumaczę i przytulam. I muszę powiedzieć, że u nas to faktycznie działa.

W jednej z tych książek przeczytałam, że efekty wychowania będą widoczne dopiero za kilkanaście lat. To prawda i jak dla mnie, choć czasem ciężko wytrzymać, przede wszystkim trzeba starać się jakoś nie stracić opanowania, wziąć kilka głębszych oddechów i TŁUMACZYĆ. Oczywiście w stanowczy sposób, ale łagodnie. To serio działa.

5. Kochać milością bezwarunkową a nie warunkową. Gdy dziecko „źle” się zachowuje, nie odcinajcie się od niego. Nie mówcie, że „teraz to się z Tobą nie pobawię, bo się tak zachowujesz” albo „nie lubię Cię”. Dla dziecka to odrzucenie. Ono to bardzo przeżywa, a tego typu nasze zachowanie przyniesie odwrotne skutki wychowawcze. Nigdy nie można odmawiać dziecku swojego czasj. Pamiętajcie, że zabawa z dzieckiem gdy trzymacie telefon w ręku i przeglądacie internet, to nie zabawa. Bez przesady, no trzeba zrobić obiad, nastawić pranie itp. Dziecko musi też chwilę umieć się pobawić samo, ale nie może i nie bedzie z pewnością tak, że my sobie bedziemy leżeć a ono grzecznie samo się pobawi wieczność. Tak się nie da, to dziecko i tyle! Ono będzie się domagało naszej uwagi.

6. Zasady. Tłumaczenie i traktowanie dziecka jak człowieka, z godnością i szacunkiem to nie jest rozpuszczanie. Ale, nie reagowanie gdy dzieco robi coś złego innym i przyzwalanie na to, to już jest rozpuszczanie. Przykład z ostatniej wizyty na placu zabaw. Piaskownica. Jakiś chłopczyk bawi się tamtejszą zabawką (zabawka na stałe jest w piaskownicy, nie jest jego). To samochód smieciara. Olek podchodzi i chce się pobawić, ledwo dotyka samochodu, a tamten chłopczyk (też około dwa i pół roku) od razu zaczyna krzyczeć i bić Olka. Ja reaguję i mówię synowi, że teraz akurat bawi się tym samochodem inne dziecko, bo było pierwsze i że chyba chce się sam pobawić, więc zaczekamy i porobimy coś innego. No, mija jakieś 10 minut i Olo znowu tam podchodzi i sytuacja się powtarza. Mama chłopczyka tłumaczy się, że no bo jemu jakiś starszy chłopczyk zabierał i on teraz tak się chce sam bawić. W tym samym czasie przychodzi ok 5-letni brat chłopczyka i też chce odepchnąć Olka. Mama zabiera starszego i siadają obok na ławce, ale zero tłumaczeń, a młodszy dalej z tą smieciarą. Po kolejnych 10 minutach Olek znowu podchodzi i stara się pobawić z chłopcem, wcale nie chce mu samochodu odebrać, tamten znowu się na niego rzuca. W tym momencie reaguję i mówię, że to wspólna zabawka i że jeśli nie chce komuś dać, to wystarczy powiedzieć, Olek odejdzie i że nie może go bić. Dziecko oczy wielkie zrobiło, ale się uspokoiło. Zaraz je mama zabrała i co – Olek i jakiś pięciolatek z dwulatką bawili sie WSPÓLNIE smieciarką i nikt nikogo nie bił, ale akurat tu, gdy jakieś dziecko chciało zabrać samochód, rodzice tłumaczyli, że to zabawka wszystkich i że muszą się nią razem bawić. I tak jedni sypali do śmieciary piach, inni jechali piach wysypać. Na tym przykładzie widać, że dzieci robią tyle, na ile im pozwalamy. Oj, dzieci jak to dzieci –  zawsze będą chciały więcej i czasem oczywiście, jeśli to nic złego, np. pół kostki gorzkiej czekolady więcej, albo kwadras zabawy dłużej, można się zgodzić, ale w niektórych przypadkach trzeba być stanowczym i umieć wytłumaczyć jak postępować lub czegoś zabronić.

7. Zakazy i nakazy. W książce „Wychowanie bez nagród i kar” są fajne fakty o tym, że nadmierne nakazy i zakazy skutkują do pewnego momentu. Bo o ile kilkulatka można „sterroryzować” i tak sobie go ułożyć, żeby był prowizorycznie grzeczny, to gorzej jak już dorośnie i zacznie się przeciwstawiać. A nastolatka nie da się w pełni kontrolować tak jak dwulatka. Bycie rodzicem to ciągły dialog z dzieckie. Nie chodzi tu wcale o przyzwalanie na wszystko. Są pewne rzeczy, których po prostu robić nie wolno, bo są złe lub niebezpieczne i tyle. I po prostu trzeba to ciągle dziecku powtarzać. I tak w kółko

8. Każdy ma prawo do błędów. I rodzic i dziecko. Zwłaszcza dwulatek. Trzeba to przyjąć do wiadomości. I dziecko i rodzic ma prawo mieć gorszy dzień. Ale jako rodzice pamiętajcie – nawet w chwili złości nie rzucajcie słów na wiatr. Bo słowa ranią i zostają na zawsze. Nie mówcie „Mamusia/Tatuś Cię nie kocha jak tak robisz” albo „Jesteś nieznośny/okrpony”, „Wszystko niszczysz” itp., bo to wcale nie są zwykłe słowa. Słowa, w przypadku wychowania dziecka, mają ogromną moc i to zarówno słowa jak i nasze – rodziców – czyny kształtują jego osobowość i albo dodają skrzydeł albo je podcinają. I to od nas samych zależy to czy lubimy nasze dziecko i czy ono da się lubić.

Powiem Wam, że od kiedy staram się rozumieć moje dziecko, jego potrzeby i od kiedy zrozumiałam ten sens niby ciągłych i może dla niektórych głupich tłumaczeń, to jest lepiej. Jakoś tak widzę, że jestem spkojniejsza, bo rozumiem już, że dziecko ma prawo do niektórych zachowań, że niektóre stany po prostu mijają, że czasem jest lepszy dzień, czasem gorszy – nawet dla dziecka. A najlepsze, że kiedy to zrozumiałam, stałam się serio lepszą matką, po prostu lubię moje dziecko a i ono jakieś takie grzeczniejsze i rozumniejsze się stało. A jak mi ten mój dwulatek powtarza, że jestem najlepsza i że mnie kocha i lubi (tak sam z siebie) albo jak używa słowa przepraszam albo dziękuję, bo mu krędę kolorową kupiłam za 2 złote lub  dziekuje za obiad, bo mu smakował, to utwierdzam się w przekonaniu, że dialog z dzieckiem ma sens. Nie żebym czasem nie traciła cierpliwości jak wysypuje trzecie pudełko z zabawkami na podłogę, bo „tak jest fajnie”, nie chce zjeść obiadu kiedy go podaję, bo akurat wtedy bawi się w swoją ulubioną zabawę, albo gdy skacze po łóżku i rzuca się po nim tak, że muszę jakoś odciągnąć od tego jego uwagę, bo przecież zaraz zrobi sobie krzywdę. Ale dzieci tak mają – jedne mniej, drugie bardziej, zależy od charakteru i tylko ciągłe tłumaczenia i jasne stawianie realnych granic tu pomaga. I dla dziecka, a jeszcze bardziej dla rodzica.

 

 

Share:
Written by omatulu!
O matulu! Mama, żona i nauczycielka. Zwykła-niezwykła, jak każda kobieta i jak każda matka.